Ciążowe zabobony
Ciąża to tajemniczy, magiczny i mistyczny czas w życiu kobiety. Co prawda w ostatnich dwudziestu latach, dzięki postępom w medycynie ciąża została nieco „odczarowana” – możemy nie tylko poznać płeć dziecka, ale nawet sprawdzić stan jego zdrowia, ale to, co przez wieki narastało, będzie zapewne trwać przez pokolenia. Mowa oczywiście o mitach i zabobonach związanych z odmiennym stanem.
Gdy zapytałam moją lekarkę, dlaczego przyszłe mamy dziewczynek mają nieustające zachcianki na słodkie, a kobiety które spodziewają się chłopców – na ostre jedzenie, popatrzyła na mnie z politowaniem. – To zabobon, mit! – rzuciła. Ale ja drążyłam temat – nie wiedząc przez kilkanaście tygodni, że jestem w ciąży, ja – maniaczka czekolady, tiramisu, sernika i szarlotki – odstawiłam całkowicie słodycze. Zamiast ciastka wolałam zjeść makaron z czosnkiem i chili, albo krewetki na ostro. Albo dobrze doprawioną kaszankę. Do końca ciąży, choć typowych zachcianek nie miałam, „chodziły” za mną smaki ostro-słone, słodycze zaszczycałam uwagą od wielkiego dzwonu. Urodziłam… chłopca, kto by się spodziewał! (Oczywiście, płeć dziecka poznałam już wcześniej, tym niemniej zmiana ciągot żywieniowych – wyłącznie na czas ciąży – była faktem). Mit to więc, czy po prostu hormonalna zagadka?
Bez wątpienia mitem i zabobonem jest to, że córeczki odbierają mamie urodę. Psychologowie zastanawiają się, dlaczego kobiety niemal na starcie przyznają, że są gorsze, skoro obwiniają o niezasłużone winy swoje jeszcze nienarodzone córki. A może to nie matki tak twierdzą, tylko zazdrosne przyjaciółki i sąsiadki? Tu wyjaśnienie mitu jest dość proste – przez wieki syn był pożądanym dziedzicem, dzieckiem bardziej wyczekiwanym. Każdy symptom, że dziecko może być chłopcem był na wagę złota. Zaś nie od dziś wiadomo, że zdrowo przebiegająca ciąża dodaje kobiecie urody. Z rozpaczliwą nadzieją więc prorokowano, że piękna matka urodzi syna… Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze 25 lat temu kobiecie nikt – w Polsce przynajmniej – nie zaglądał do środka brzucha za pomocą aparatury USG. Kompletowanie wyprawki byłoby koszmarem w takiej sytuacji (niebieskie czy różowe), gdyby nie fakt, że w tamtych czasach i tak ciuszki dla dziecka się „zdobywało” lub dziedziczyło, i niemowlęta bez żadnych kompleksów nosiły rzeczy, nie przystające do ich płci. Mamy dbały jednak, by dzieciom nie zaszkodzić „na urodzie”. Nie chodziły do ZOO – bo można się przez przypadek zapatrzeć na grzywiastego lwa, albo co gorsza pawiana, i dziecko będzie po prostu brzydkie. Unikały też łapania się za głowę z przestrachu (bo dziecko w tym samym miejscu, za które mama się złapie będzie mieć widoczne znamię) lub widoku ognia – gwarantowany płomień na ciele dziecka. Te przesądy już prawie zaniknęły. Ale inne są wciąż bardzo żywe. – Zdejmij to! – rozkazała przyjaciółka, patrząc z niedowierzaniem na naszyjnik z bursztynów, który miałam na sobie (7. Miesiąc ciąży). Na moje pytające spojrzenie stwierdziła, że matka w ciąży nie powinna niczego nosić na szyi – łańcuszka, apaszki, korali – bo w przeciwnym razie dziecko urodzi się ciasno owinięte pępowiną. A wiadomo – owinięcie pępowiną nie zawsze kończy się dobrze. Nie posłuchałam, nosiłam ulubiony naszyjnik. Gdy lekarz po wyjęciu dziecka (cesarka), stwierdził że mieliśmy szczęście, bo synek miał trzykrotnie zakręconą pępowinę wokół szyi, przez sekundę pomyślałam o moich bursztynach. Śmieszne, prawda? A przecież wiem, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
Ale w kategorii ciążowych zabobonów (jest ich naprawdę sporo) na miano najgłupszego zasługuje chyba ten, który zakazuje patrzeć ciężarnej przez wizjer (bo dziecko urodzi się z zezem). Hm. Ewentualne wpuszczenie do domu obcego ze złymi zamiarami ma być lepszym wyjściem?
Przez wieki ciążę nazywano stanem błogosławionym – nic więc dziwnego, że kobiety ciężarne (przynajmniej w naszej, euroatlantyckiej cywilizacji) otoczone były szczególnym szacunkiem. Jego echem może być przesąd, który każe spełniać każde życzenie ciężarnej. Mógłby to by być miły zwyczaj, ale jednak kwalifikuje się do kategorii zabobonu, bo ci, którzy nie chcą mu się podporządkować, zagrożeni są niesympatyczną sankcją – zalęgnięciem się myszy w domu. Jeśli więc ktoś nie lubi dzikich lokatorów – niech będzie po prostu miły dla „ciężarówek”. To nie kosztuje wiele.
Anna Kozłowska